czwartek, 19 lipca 2012

                                         POCZĄTEK ZIMY







początek zimy
wyraz jego twarzy
coraz cieplejszy

wtorek, 17 lipca 2012

                                         PO  POGRZEBIE

                                             

                                               John William Waterhouse "Ofelia"



                                                              po pogrzebie
                                                       kobieta w białej sukni
                                                               sadzi róże

wtorek, 10 lipca 2012

Dojrzałość. Co to właściwie jest takiego? Dlaczego ktoś zdecydował za nas,że od osiemnastego roku życia powinniśmy być dorośli? A,wcześniej nie można być? Ileż to razy dzieci są traktowane tak jak nie powinny,tylko dlatego,że są dziećmi? Zawsze twierdziłam,że są one niejednokrotnie bardziej dojrzałe,niż dorośli. Może dlatego,że sama taka byłam. Od kiedy tylko pamiętam,czyli od piątego roku życia uwidoczniła  się u mnie dojrzałość i z roku na rok była ona silniejsza. Denerwowało mnie jeśli ktoś traktował mnie jak dziecko. Nigdy nie zadawałam dorosłym pytań,wolałam tego co mnie interesuje dowiadywać się sama.
Wychowywałam się w zamożnej rodzinie. Tata był właścicielem salonów samochodowych,a mama była prawnikiem. Byłam jedynaczką,dlatego rodzice obdarowywali mnie wszystkim czego było mi potrzeba. Od najmłodszych lat uczyłam się języków,gry na skrzypcach,baletu. Robiłam to dla siebie,ale też dla rodziców,którzy nauczyli mnie wszystkiego co najważniejsze. To dzięki nim żyłam tak,by najważniejsze nie były moje,a innych potrzeby. To oni mówili mi,żebym nie patrzyła na innych,jeśli tylko wiem,że to co robię jest słuszne.
Mieliśmy bardzo duży dom,sześć pokoi,trzy łazienki,dwie kuchnie. Mogłam wchodzić wszędzie,oczywiście poza sypialnią i łazienkami rodziców. I jeszcze jednym pomieszczeniem. Pewnego dnia mama powiedziała do mnie:
- Kochanie, pod żadnym pozorem nie możesz wchodzić do pokoju na poddaszu,obok sypialni.
Bardzo mnie to zdziwiło,często się zastanawiałam co mieści się w tym pomieszczeniu. Ale,wytłumaczyłam sobie,że pewnie jest tam gabinet mamy w którym trzyma poufne dokumenty sądowe. I na tym cała sprawa się zakończyła. Korciło mnie,by kiedyś tam zajrzeć,ale obiecałam,że tego nie zrobię,więc nie mogłam złamać danego słowa.
Na domysłach mijały lata,aż do tego jesiennego popołudnia,gdy zadzwonił telefon:
- Dzień dobry. Pani Irmina miała wypadek,jest w krytycznym stanie. Obecnie przebywa w szpitalu świętej Marii - powiedział  głos w słuchawce.
W tym momencie zrzuciłam telefon i opadłam na podłogę. Po czym zadzwoniłam do pracy taty. Natychmiast miałam się ubierać i czekać na niego. Gdy podjechał autem pojechaliśmy do szpitala. Kiedy weszliśmy na oddział,czekał już na nas lekarz.
- Bardzo mi przykro,robiliśmy co w naszej mocy,ale niestety nie dało się uratować pańskiej żony.
Moje zachowanie w tej chwili było co najmniej dziwne. Zamiast utonąć w rozpaczy,myślałam:
"Dlaczego ten człowiek mnie nie widział,zachowywał się tak jakbym nie istniała? Czy sądzi,że dwunastolatki nie mają uczuć,nie myślą,że nie można z nimi porozmawiać?"
Wróciliśmy w milczeniu. Ojciec po powrocie zamknął się w "tajemniczym pokoju". Siedział tam do rana,po czym powiedział,że trzeba zacząć załatwiać pogrzeb.
Odbył się on po tygodniu. Najpierw ostatnie pożegnanie na cmentarzu,a później coś czego nie chciałam,czyli stypa w domu. Nie dobrze mi się robi,gdy widzę jak w takiej chwili przychodzi do żałobników grono ludzi i śmieje się tak jakby nic się nie stało. Pociesza wszystkich,że będzie lepiej i trzeba żyć dalej. A,myśli: "Jakie
szczęście,że nie spotkało to mnie". Po godzinach rozmów zostałam przekonana,by jednak ten bezsensowny punkt pogrzebu mógł się odbyć.
W pewnej chwili,gdy jedliśmy poczęstunek zadzwonił telefon,który odebrałam. Pracownik taty powiedział,że zapalił się jeden z salonów i mam powiedzieć tacie,by natychmiast przyjechał na miejsce. Nie było go wśród gości,więc zaczęłam szukać po całym domu. Aż został mi pokój do którego nie mogłam wchodzić. Wtedy się zawahałam. Ale,tym razem musiałam złamać zakaz. Otwarłam drzwi i aż zamarłam. To co zobaczyłam było niewiarygodne.
- Kto to?
- To twoja siostra bliźniaczka Amelia.
Dowiedziałam się,że rodzice nikomu o niej nie mówili,bo wstydzili się choroby córki. W jednej chwili przestali być dla mnie autorytetem. Stali się kompletnie kimś innym. Zrozumiałam,że tak naprawdę ich nie znam. Wszystko czego mnie uczyli nie miało sensu. Powiedziałam,że albo on powie wszystkim o Amelce,albo ja to zrobię. Od tego momentu istniała dla mnie już tylko siostra. Postanowiłam zrobić wszystko,by odkupić błędy rodziców i stracone lata.




                             Katarzyna Tkacz

czwartek, 28 czerwca 2012

Od kiedy pamiętam,zawsze uważałam,że nigdy nie zdecyduję się zakochać. Rok,dwa szczęścia,ciągłego odczuwania sercem,zamiast myślenia. A,po tym czasie nagły szok,dotknięcie prawdy,która jest tak różna od tej o której marzyliśmy. To nie dla mnie.
Żeby to wszystko było takie proste i człowiek zawsze myślał logicznie,a nie uważał,że jest wybrańcem losu,że to właśnie jemu się poszczęści.
Po zajęciach na studiach,jak co dnia i tym razem pojechałam do pobliskiego parku. Lubiłam obserwować przechodzących tamtędy ludzi. Zastanawiałam się jakie mieli,by życie,gdyby nie mieli żon,mężów,dzieci i ilu z nich,pomimo tego,że poświęcają się rodzinie,kiedyś będzie umierało samotnie w szpitalach.
W pewien czerwcowy wieczór dosiadł do mnie,może trzydziestoletni mężczyzna.
- Myśli pani,że ci wszyscy ludzie są szczęśliwi,że czują się kochani?
Po tym pytaniu,poczułam ciepło w sercu. W reszcie ktoś odbiera świat,tak jak ja.
- Ich szczęście,już dawno minęło,bezpowrotnie - odpowiedziałam.
I tak zaczęła się nasza długa,głęboko filozoficzna rozmowa. Bardzo dobrze nam się rozmawiało,dlatego gdy wybiła północ,umówiliśmy się na kolejne spotkanie.
Widywaliśmy się codziennie,nie wiedząc,że coraz bardziej zbliżamy się do siebie. W końcu nadeszła chwila w której Teodor mnie pocałował,po czym wyszeptał:
- Kocham Cię Łucjo.
Nie wyobrażacie sobie jak bardzo czekałam na jego wyznanie. Jak gdyby całkowicie zapominając o moich przemyśleniach. Wcześniej sama chciałam wyznać jemu miłość,ale przecież,jestem kobietą,a dobrze wychowane panny nie mówią pierwsze takich rzeczy. Od dziecka tego mnie uczono.
- Kocham Cię - wyszeptałam.
Mogłam czulej wyznać swoją miłość. Nie zrobiłam tego dlatego,że nie byłam pewna,jaki rodzaj miłości on ma na myśli. Nie wierzyłam,że jakikolwiek mężczyzna może mnie pokochać jak kobietę.
Okazało się,że właśnie taką miłością mnie obdarzył. Gdybyście tylko mogli się kiedyś poczuć,tak jak ja,gdy się o tym dowiedziałam. To była najważniejsza chwila w moim życiu. W tym momencie tylko on istniał dla mnie. Wtedy,pierwszy raz moje oczy zajaśniały blaskiem.
"Ale,czy on to ujrzał? Czy wie,że gdy błyszczą mi oczy,to tylko dla niego,dzięki niemu?"
Znaliśmy się nie całe cztery tygodnie,a miałam wrażenie,że znamy się całe życie.
Tego dnia też byliśmy umówieni. Jak zawsze poniedziałek miałam bardzo napięty. Wiedziałam,że z trudnością mogę zdążyć na wieczór do parku. Ale,postanowiłam urwać się z zajęć,by nie zawieść chłopaka. Poszłam na dworzec autobusowy i okazało się,że żaden autobus mi nie pasuje,by zajechać nim na umówioną  godzinę. Postanowiłam pojechać wcześniejszym.
Zajechałam na miejsce popołudniu. Usiadłam na ławce i zaczęłam czytać "Białe noce" Dostojewskiego. Kiedy przeczytałam jedną trzecią książki,podbiegła do mnie czteroletnia dziewczynka.
- Przepraszam panią,ale pod ławkę wleciała mi piłka - powiedziała.
- Ja ci ją sięgnę maleńka. Proszę.
Podając jej piłkę,usłyszałam jak woła:
- Mamo,tato,mam już zgubę.
Odwracając wzrok,zamarłam. Mężczyzną do którego dziewczynka powiedziała "tato",był mój Teodor. Poczułam się beznadziejnie,utraciłam wszelkie siły,nadzieje na szczęście.
Nasze spojrzenia spotkały się wtedy ostatni raz. Były zimne jak nigdy,czułam się strasznie udając,że go nie znam. Po kilku chwilach zobaczyłam jak oddala się,idąc za rękę z żoną,prowadząc rowerek córki. Niewiarygodne jest to,jak w ułamkach sekundy może zmienić się świat,jak szybko po łzach radości,mogą nas okryć łzy niewyobrażalnej rozpaczy.
Mimo,że minęło już dwadzieścia siedem lat,nie potrafię zapomnieć. Postanowiłam wstąpić do zakonu,by zapomnieć,by nie czuć bólu. Ale,po każdym założeniu habitu,czuję jak gdyby ktoś rozsypywał mi sól na otwartą ranę.







                                 Katarzyna Tkacz

środa, 20 czerwca 2012

Od dwudziestu dwóch lat,
była duszą towarzystwa.
Dom z kilkoma basenami
i wielką stadniną koni,
był pełen najlepszych przyjaciół
w każdy słoneczny weekend.
"Jakie ja mam szczęście.
Czym sobie na to zasłużyłam?
Tylu fajnych ludzi wokół,
pełnych szczerości" - powtarzała.
Teraz w wynajętym pokoju,
ze łzami, wspominając,
maluje obraz nogami,
siedząc samotnie w fotelu.
Dopóki miała pracę,pieniądze,
czuła się człowiekiem,była kimś.
Gdy zbankrutowała,po wypadku,
wszyscy o niej zapomnieli,
na ulicy,nikt nie przyznaje się,że ją zna.
To co wydawało się prawdą,
pękło jak bańka mydlana.

czwartek, 14 czerwca 2012

Poza mną i moimi dziećmi tego dnia na dworze nie można było nikogo spotkać. I to nie dlatego, że było bardzo zimno i padał śnieg. Lecz dlatego, że ten czas, każdy kto tylko ma dom, spędza właśnie w nim z rodziną. Dla wielu wieczór wigilijny jest najważniejszym w roku. Gdy byłam dzieckiem, mama z uśmiechem powtarzała mi:
- Irenko, wigilia to najwspanialszy dzień w roku, ponieważ ogrzewa nawet najbardziej lodowate serca.
I to te słowa skłoniły mnie do tego, czego nigdy nie robiłam.
Z córeczką biegnącą przede mną i synkiem na rękach, poszłam pod najbliższe drzwi. Choć czułam skrępowanie wiedziałam, że muszę to zrobić, dla tych, którzy są dla mnie najważniejsi. Po chwili bezczynnego stania, zapukałam. Otworzył mężczyzna w średnim wieku, ubrany odświętnie w garnitur.
- Dobry wieczór. Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam poprosić o coś do jedzenia dla dzieci. Może to być jedynie trochę suchego chleba. Zosia i Antek nie jedli od wczoraj. Są też zziębnięci. Czy mogliby ogrzać się w państwa domu?
- Wybaczy pani, ale jedzenie, które mam z ledwością wystarczy dla mojej rodziny. Nie mogę pani wpuścić dlatego, że wychodzimy do mojej mamy, do szpitala.
- W takim razie, jeszcze raz przepraszam. Dobranoc.
- Dobranoc.
Gdy tylko zamknęły się drzwi, zrozpaczona usiadłam na progu. Po chwili usłyszałam rozmowę.
- Kto to był tato?
- Nikt Jadziu, pomyłka.
- Myślałam, że to bezdomni prosili o pomoc.
- Nie córeczko. Przynieś z kuchni karpia i łososia, ja przyniosę pierogi, sałatkę i barszcz. Siadajmy do kolacji, bo nam wszystko wystygnie.
                                                  Frederick Judd Waugh "Współczucie"
                                                                             

środa, 6 czerwca 2012

Wypadek autokaru,
wielu rannych,
jeszcze więcej gapiów.
Wszyscy przystawali,
wszyscy prócz niej.
Szła dalej jakby,
niczego nie zauważyła.
Prosto,przed siebie
z bukietem lilii w dłoni
i spuszczonym wzrokiem.
Po drodze spotkała koleżankę,
która chciała z nią porozmawiać,
ale odrzekła,że nie dziś,
że spieszy się do syna na urodziny.
Znajoma dziwnie na nią popatrzyła.
Kobieta po kilku minutach,
weszła szybko do domu,wołając:
"Już jestem synku,wszystkiego najlepszego.
Kupiłam kwiatki dla ciebie,
a wieczorem upiekłam tort."
Po czym wzięła tort z kwiatami
i położyła przed prochami syna.